Tekst:  a a a

Ulubione  

Turystyka i Promocja>Kolekcje antyków>

Wywiad z Janem Górskim

Wywiad z Janem Górskim – mieszkańcem naszej gminy, miłośnikiem Ziemi Darłowskiej, twórcą prywatnej Regionalnej Izby Tradycji „Pamięć pokoleń” w Dąbkach.
Robert Murii - Na wstępie proszę byś powiedział coś o sobie i rodzinie, czym zawodowo się zajmujesz.
Jan Górski - Żyjąc wraz z żoną Bogumiłą i potomstwem, Gabrielą, Aleksandrą i Michałem w naszych magicznych Dąbkach stworzyliśmy gniazdo, w którym każdy ma swoje miejsce i każdy wie jaki jest jego zakres praw i obowiązków. Mimo, że Dąbki to wieś nie jesteśmy typową rodziną wiejską, gdyż źródłem naszego utrzymania nie jest praca na roli. Podstawą utrzymania domu są dochody uzyskiwane z działalności turystycznej - nad którą pieczę sprawuje żona oraz moja praca zawodowa.
Jestem nauczycielem akademickim, pracownikiem naukowo-dydaktycznym Katedry Polityki Społeczno-Gospodarczej i Ekonomiki Regionalnej, Wydziału Ekonomii i Zarządzania Politechniki Koszalińskiej. Praca to mój żywioł, który obok wymiaru finansowego dostarcza mi wiele satysfakcji i radości. Wcale nie mała liczba studentów to mieszkańcy naszej gminy, z którymi w trakcie i po zakończeniu studiów utrzymuję przyjacielskie stosunki.
R. M. - Skąd u ciebie tak żywe zainteresowanie mieszkańcami naszej gminy.
J. G. - Przybywając na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku do Ziemi Darłowskiej, dostrzegłem w losach jej powojennej historii podobieństwo do losów Ziemi Przemyskiej. Ziemi mojego dzieciństwa i młodości, mojej ojcowizny. I tam i tutaj, okrutny wiatr historii wywiał ze swoich gniazd wielowiekowych gospodarzy tych ziem. I tam i tutaj, nowi gospodarze stawali przed podobnymi problemami i przyjmowali podobne postawy wobec nowego otoczenia. Niezmiernie ważnym stał się wątek, że oto nagle ludzie, którzy opuścili po wojnie ziemię mojego dzieciństwa i młodości są teraz w części moimi sąsiadami.
Chciałem ich poznać, stąd dziesiątki rozmów, które z czasem przerodziły się w małe badanie naukowe. Moi rozmówcy to zarówno powojenni repatrianci i przesiedleńcy, którzy przybyli na tą ziemię jako osoby dorosłe, jak i ich dzieci – zarówno te które przybyły wraz z nimi oraz rodzące się w pierwszych latach po przesiedleniu. Były to osoby obojga płci, o różnym wykształceniu, wykonujący różne zawody. W znacznej części dominował zawód rolnika i zawód, który w ówczesnym języku nazywaliśmy „chłoporobotnikiem”, a także rzemieślnicy, urzędnicy, nauczyciele, pracownicy służby zdrowia.
R. M. - Czy łatwo zdobyć zaufanie ludzi i jak udało ci się dotrzeć do ludzkich serc.
J. G. - To bardzo trudne pytanie, mogę powiedzie, że nie jest łatwo. Zaufanie zawsze przychodzi z czasem. Żyjesz wśród ludzi i jeśli żyjesz dla ludzi to zaufanie przychodzi samo. Każda rozmowa to zapis zdarzeń i uczestniczących w nich osób, widzianych przez pryzmat osobistych przeżyć. To oczywiste, że każda osoba opowiadająca o sobie stara się czynić to tak, by w moich oczach wypaść jak najlepiej lub co najmniej dobrze. Dlatego też gdybym chciał stworzyć ogólny społeczny portret naszych mieszkańców na podstawie przekazanych treści byłby to cukrowany obraz zgodnej społeczności, żyjącej pięknie i tworzącej świetlaną przyszłość. Uciekam więc od umiejętnie dobieranych słów, szukając prawdy w głębi wypowiedzi. A wynika z nich, że niezależnie od tego do jakich nowych warunków trafiali ludzie przybywający do powiatu Schlawe, w okolice wyjątkowo obco brzmiącego miasta Rűgenwalde, to były to warunki przeważnie lepsze od okropności czasów wojny, posiadanej uprzednio własności, słabych zabudowań gospodarczych, słabej jakości gleby, lichego inwentarza, przeludnionego miejsca bytowania.
Większość repatriantów i przesiedleńców przechodziła swojego rodzaju skok kulturowy. Widoki pięknych zadbanych wsi. Brukowane ulice, murowane domy i zabudowania gospodarcze, maszyny rolnicze, itp. Niewątpliwie dla znacznej części było to wielkie przeżycie.
Te nowe miejsca ich zauroczały. Z całej duszy dziękowali Bogu za ten szczególny dar niebios, czego przejawem były, i planowane i spontaniczne uroczystości religijne z modlitwami dziękczynnymi. Pragnęli tu być i tutaj pozostać. Często z przyczyn historyczno-politycznych przeszłość pozostawała bez odwrotu. Jednakże na to silne pragnienie zagnieżdżenia się oraz na rodzące się wolno poczucie własności i posiadania, nakładało się poczucie niepewności jutra i tymczasowości.
Występowanie silnych i sprzecznych odczuć stwarzało stan głębokiego konfliktu wewnętrznego. Posiadam pewną własność z równoczesnym przeświadczeniem, że została mi ona dana. Nie stworzyłem jej i nie kupiłem. To co mam jest tak naprawdę czyjeś (często ustępujący mi gospodarz – Niemiec – jest jeszcze ze mną). Żyję i pracuję w pięknym zadbanym gospodarstwie lecz nie ja go zbudowałem. Nie zbudował go też mój ojciec ani dziad. Jeżeli to gospodarstwo jest czyjeś, to czy jego właściciel ma prawo domagać się zwrotu swojej własności?
Utrzymujący się stan silnego konfliktu, dotyczący właściwie wszystkiego co otaczało nowych gospodarzy Ziemi Darłowskiej, ukształtował główny rys ich mentalności: poczucie tymczasowości, niepewności, braku bezpieczeństwa. Umacniał się, podsycany przez ówczesne władze polityczne, mechanizm niechęci do materialnego dziedzictwa przeszłości. Do tych niemych, małych świadków historii tej ziemi i tych konkretnych przedmiotów w miejscu ich zamieszkania. Nie było emocjonalnego zainteresowania przedmiotami użytkowymi i narzędziami, które wcześniej, często przez znaczny okres czasu były związane z danym gospodarstwem. Użytkowano je, a po zużyciu czy czasem nawet drobnej usterce po prostu wyrzucano. To właśnie brak czynnika emocjonalnego do przedmiotu użytkowego (czasem całego gospodarstwa), połączony z indoktrynacją polityczną, skazywał wiele historycznie cennych eksponatów, czy nawet całe zespoły materialnego i kulturowego dziedzictwa przeszłości na bezpowrotne zatracenie
R. M. - A jednak to pokolenie trwało.
J. G. - Trwało, gdyż utrzymujący się stan silnego konfliktu uruchamiał mechanizmy obronne, rodził potrzebę uzasadnienia, dowiedzenia sobie i innym niepodważalnych praw do posiadania. To co mam – mimo, że myślę że nie jest moje – należało mi się; za odniesione krzywdy osobiste i poniewierkę wojenną, za przedwojenną biedę, za tragedię czasu wojny, za zamordowanych w obozach i więzieniach, za utraconych w wojnę bliskich.
Bardzo skapliwie wykorzystywała to ówczesna propaganda, wbijając do podatnych umysłów prostych ludzi, argumenty w zależności od politycznych potrzeb. Trywialne, często niespójne, przesycone patosem, momentami – po prostu – śmieszne, wewnętrzne usprawiedliwienia, miały stanowić przeciwwagę dla silnych wewnętrznych konfliktów. Odczuciem niepewności posiadania z równoczesną potrzebą posiadania. Rodził się prawdziwy lęk. Lęk, który domagał się zagłuszenia i usprawiedliwienia. Każde usprawiedliwienie było dobre, każde wytłumaczenie pasowało. Bo przecież z otrzymanej własności można usprawiedliwiać się nie tylko okropnościami przeżyć wojennych, hasłami propagandowymi czy niedolą w przedwojennej burżuazyjnej Polsce. Można też przenieść odpowiedzialność na darczyńcę. Darczyńca, to nowa władza, nowy ustrój, odrodzona Polska – (z odwieczną, {zawsze naszą?} piastowską częścią), nasza partia, władza ludowa.
Stąd wiece, niekończące się zebrania partyjne, na których omawia się na bieżąco zagadnienia związane z umacnianiem władzy ludowej i wiary wśród ludzi, że odzyskane i zasiedlone przez nich ziemie, są bezspornie odzyskane i zasiedlone słusznie. Słusznie, bo wchodziły w skład dawnej Polski i tak już teraz będzie na wieki. Po zebraniach obowiązkowo śpiewano „Rotę” „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród ...” . Co ciekawe „Rota” rozbrzmiewała zarówno na zebraniach partyjnych jak i na uroczystościach religijnych.
R. M. - Czy myślisz, że była to silna potrzeba integracji grupowej.
J. G. - Czy była to potrzeba integracji grupowej, czy też raczej potrzeba zbiorowego usprawiedliwienia się za posiadanie czyjejś własności? Upewnienia się, że inni myślą tak samo i mają podobne argumenty? Mimo istnienia podziałów, ci z tego regionu Polski, ci z za Buga. Ten takiego wyznania, tamten innego, to gdzieś ciągle było poszukiwanie czynnika łączącego. Te poszukiwanie to wspólny język na wiecach, zebraniach, szkołach i w kościołach. To silnie emocjonalne słowa lokalnych liderów, aparatczyków, nauczycieli czy duchownych z argumentacją: „W piastowskich wsiach o niemieckich nazwach See Suckow, Neuwasser, See Buckow, Steinort, Grupenhagen, Altenhagen, Abtshagen, Damshagen, Preetz i innych dzięki władzy ludowej i jej politycznych ojców, rozbrzmiewają dziś słowa polskiego rolnika, robotnika, rybaka i inteligenta, słychać śmiech polskich dzieci”. Dla nas dzisiaj te słowa brzmią sztucznie i śmiesznie, lecz właśnie one ukształtowały mentalnie znaczną część naszych mieszkańców. Już teraz w drugim, a nawet w trzecim powojennym pokoleniu. Często zastanawiam się nad wspólnotowością, nad więziami w naszej gminie. Czy jednak mogą one ukształtować się według moich, idealistycznych oczekiwań. Myślę, że to trudne. Przez dziesięciolecia (zarówno bezpośrednio po wojnie jak i później) napływowi, nowi mieszkańcy tej ziemi mieli tendencje do ucieczki od rzeczywistości, za zasłoną wielkich słów w które chcieli wierzyć i w które nie do końca wierzyli. Mówili o więziach z sąsiadami, jednak w reakcji na niepewność i poczucie tymczasowości uciekali do innego bezpiecznego świata. Często lęk głuszony był alkoholem. Tym lękiem niewątpliwie skazili kolejne pokolenie.
Długie lata, a nawet częściowo do dzisiaj, utrzymywały się wśród naszych mieszkańców podziały. Ci „zabugowcy” a ci z kraju. Polaków i jakby nie pełnych Polaków. A ten to Ukrainiec, a tamten to... .
W pierwszych latach po wojnie trudno było sobie wytłumaczyć (a może nie chciano), co tu robi jeszcze ludność niemiecka. Tyle okrucieństw w czasie wojny z ich strony a tutaj jeszcze czasem muszą razem pracować. Drażniła niemiecka mowa. O ile niechętny stosunek do Niemców można zrozumieć, to już zastanawiająca jest wzajemna niechęć tych ze wschodu do tych z Polski centralnej czy odwrotnie. Te podziały nie istniały w sferze marzeń czy zbieżności życiowych losów. Miały one raczej podłoże w tym, że oto we wspólnym poszukiwaniu własnej tożsamości, swojego miejsca i poczucia bezpieczeństwa na nowej ziemi, osoby pochodzące zza Buga musiały przejść bardziej złożoną drogę niż osoby z Polski centralnej. Ci ze wschodu znaleźli się, w znacznie zróżnicowanej od pozostawionej, nowej rzeczywistości. Przeżywali zatem o wiele bardziej drastyczny szok kulturowy i społeczny. Powrót dla nich był już praktycznie niemożliwy. Ich tożsamościowe korzenie zostały odcięte, nikomu niepotrzebne, nie liczące się w nowym otoczeniu. Wiele uznawanych przedtem obyczajów, tradycji, nawyków okazywało się nieprzystawalnymi do nowej rzeczywistości. Inne grupy odbierały je jako gorsze i podrzędne, czynią je przedmiotem drwin, szyderstw i wyzwisk. Rodziło się poczucie inności, wyobcowania, a wraz z nim kompleks niższości. To stawiało ludzi ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej w sytuacji „nowo nawróconego” pragnącego być bardziej tubylczym niż tubylec. A ponieważ tubylców nie było, to prowokowało to podatność na przyjmowanie wszelkich a nawet jakichkolwiek wzorców. Niewątpliwie to odcięcie od korzeni pokutuje w znacznej części kolejnych pokoleń ich potomków.
R. M. - A jak właśnie kształtowały się nowe, rodzące się pokolenia.
J. G. - Osadnicy w większości nie prezentowali swym dzieciom wiedzy o której sami pragnęli zapomnieć. Młode pokolenie odczuwało słabe związki z miejscem pochodzenia rodziców. Pomniejszano wartość własnych korzeni. Pragnąc wypełnić brak poczucia ciągłości – powodowany zerwaniem z przeszłością, osadnicy skupili się na teraźniejszości, na „tu i teraz”. To „tu i teraz” miało zastąpić „wczoraj”. Do tego „jutro” było niejasne i niepewne. Tu zamyka się pewne koło. Aby teraźniejszość mogła zastąpić przeszłość musiała mieć pożądane, niezwykle pociągające cechy. Musiała być światem najlepszym z wyobrażalnych. Dlatego teraźniejszość musiała się jawić jako świetlana, nawet przesadna, odsączona od wszelkich niepożądanych zjawisk: antagonizmów, niechęci, pogardy, poczucia niższej wartości, niepewności. Stąd w wielu rozmowach z mieszkańcami Ziemi Darłowskiej nowy, wzięty w ich ręce świat był zaiste tym nowym pięknym miejscem na ziemi. Jednocześnie rodziło to sprzeczności mające wpływ na ich mentalność. Fasadowości w ich świadomości. Pojawia się ona we wspomnieniach przesyconych swojego rodzaju patosem, zwłaszcza gdy są to wspomnienia w szerszym gronie sąsiedzkim czy podczas jakichś uroczystości rodzinnych i rocznicowych. Co więc tworzyło taką fasadowość?
Najpierw zachwyt, prostota słów-rozkazów nowej władzy – jedźcie i bierzcie w posiadanie. Następnie (i to niestety dziesięciolecia) wiara w nową władzę, na którą wprawdzie czasami utyskiwano a nawet pluto, jednakże wiele oczekiwano. Wiara w sojusz robotniczo-chłopski, w socjalizm, w ludową ojczyznę. Jednocześnie ci sami ludzie byli przykładnymi katolikami; brali udział w procesjach, należeli do kółek różańcowych wstępując jednocześnie do ZMP, ZMW, PPR-u czy później do PZPR-u. Jak to objąć gdy w głowie istnieją różne, nawet sprzeczne poglądy, przekonania i wierzenia. W ich świadomości socjalizm stanął obok Kościoła. Jednocześnie wrodzona dobroć ludzka, często była tłumiona walką o byt, walką o władzę, o przewodzenie co w konsekwencji zmniejszało ich wiarę nie tylko w sąsiadów ale często dość bliskich członków rodziny.
R. M. - Co rodziły te wewnętrzne niepokoje?
J. G. - Te niepokoje, wewnętrzne konflikty, niespójność przekonań, brak pogłębionej refleksji umacniały wspomnianą fasadową świadomość. Ze smutkiem można stwierdzić, że przy tego rodzaju świadomości zachowania religijne, partyjne, zawodowe czy społeczne, wcale nie muszą być wyrazem wiary, głębi przekonań, uczuć. To tylko fasada, zatem pozór. Taka świadomość, nie tylko oddzielała myśli od działań ale tworzyła wewnętrzną tolerancję na istniejące obok siebie sprzeczności. Taka świadomość oznaczała również, tendencję do kierowania się nakazami z zewnątrz, z jednoczesnym zewnętrznym umiejscowieniem poczucia kontroli i odpowiedzialności (to oni). Tworzyło to osobowości, które były i są skłonne tłumaczyć zdarzenia, zarówno przykre jak i radosne oddziaływaniem czynników zewnętrznych; zły los, przeznaczenie, konieczność dziejowa. Niewątpliwie hamowało to, i chyba nadal trochę hamuje formułowanie celów życiowych. Tworzyło to pokolenie nie skłonne do realizmu, z myślami oderwanymi od rzeczywistości, ze skłonnością do fantazjowania i idealizowania. Wiąże się z tym brak poczucia osadzenia w rzeczywistości, i łatwości dostosowania swojego wnętrza do wymogów zewnętrznych.
Zatem, co widać w naszej gminie, zdolności adaptacyjne mieszkańców są wprost nieograniczone. Potrafią dostosować się do każdego środowiska, każdej grupy ludzi, do każdej sytuacji, są konformistyczni. Jednakże brak wewnętrznej spójności i harmonii, wręcz chwiejność i niestabilność przekonań, systemu wartości, poglądów i wierzeń sprawiają, że nasi mieszkańcy są nieodporni na frustrację i stres. To z przeszłości, zewnętrzne umiejscowienie poczucia kontroli i odpowiedzialności spowodowało, że kierują się opiniami innych osób, ufając nade wszystko ocenom zewnętrznym, zwłaszcza zaś osób znaczących (przy władzy). Typowym jest dla naszej społeczności tendencja do maskowania się, kamuflażu swoich prawdziwych cech pod osłoną wielkich słów, za fasadą deklaracji niezgodnych ze stanem faktycznym. Kamuflujemy prawdziwe odczucia, przybierając różne zależnie od potrzeb maski. Po co to wszystko? Ano po to, by ukryć i usprawiedliwić tkwiącą w nas pokoleniowo niepewność, konfliktowość, niezdecydowanie i lęk, niezadowolenie z siebie, poczucie niższej wartości i zachwianej tożsamości. To też nabyliśmy i można uznać to za naszą cechę mentalną.
R. M. - To niewątpliwie brzmi trochę pesymistycznie.
J. G. - Myślę, że nie i takie też nie były intencje tej mojej, dzisiejszej wypowiedzi. Chcę zaznaczyć, że tworząc na podstawie wieloletnich rozmów z mieszkańcami Ziemi Darłowskiej, (w tym w części z rozmów z mieszkańcami powiatu sławieńskiego) swojego rodzaju portret społeczny, nie miałem zamiaru go upubliczniać. Miał on mnie samemu, jako osobie która sama zasiedliła te ziemie, już blisko ćwierć wieku temu dać odpowiedź na pytanie; z kim żyję? Nie miało, i w dalszym ciągu nie ma to wpływu na moje postępowanie, względem poszczególnych członków naszej wspólnoty. Każdy z nich jest dzieckiem, naszej wspólnej przeszłości. Ważnym jest by zrozumiał ją do końca i umiał wyciągać z niej wnioski. Zdaję sobie w pełni sprawę, że przedstawiony dzisiaj obraz jest obrazem naszej ciemnej mentalnej strony. Uczyniłem to celowo – szczególnie, gdy w kolejnych rocznicowych wystąpieniach i artykułach akcentuje się wyłącznie te treści, które odrzucam ze względu na ich życzeniowy i nieprzekonowujący mnie charakter. Jestem zmuszony słuchać potoku słów zachwytu i pochwały, prezentujących niezwykłe cechy charakteru, hartu ducha, odporności psychicznej nowych mieszkańców tej ziemi. I niewiadomym jest tylko to, czy mówimy o tym czego repatriantom i osadnikom brakowało, czy też mówimy o tym co emigrując utracili oni i ich potomkowie. Nie twórzmy kolejnych mitów. Prezentujmy faktycznych zwyczajnych ludzi, będących kolejnym pokoleniem tych, którzy borykali się z niecodzienną i nieznaną, zupełnie nową sytuacją społeczną, kulturową i historyczną. Ludzi, którzy zapłacili ogromną cenę urobienia własnej osobowości, za możliwość pozostania tam, gdzie trafili właściwie nie zawsze z własnego wyboru. Wierzę, że nowe pokolenie rosnące w naszej wspólnocie uwolni się od ciemnej strony naszej przeszłości, co stworzy człowieka otwartego, gotowego na wyzwania jakie niesie współczesna Europa.
R. M. - Zaczynam domyślać jak zrodziła się w tobie idea izby tradycji.
J. G. - Tak, w moim skromnym zbiorze kryje się pewna idea. To niewątpliwie przesłanie, że czasem nawet w drobnych przedmiotach, kryje się i obrazuje pamięć o ludziach z przeszłości. Tych ludziach, którzy tutaj przed nami żyli i kochali swoją Małą Ojczyznę, a która teraz jest naszym, też kochanym miejscem na ziemi. Chcę, by żyło i bujnie się rozwijało nasze drzewo społeczne. Aby tak się stało musimy je karmić dobrze poznaną przeszłością, zarówno tej z przed ostatniej wojny jak i po niej.
Niestety skutki zaniedbań są widoczne. To znaczna ucieczka młodych ludzi, którzy nie widzą tutaj swojego miejsca na ziemi. To rozmyta, niedająca się sklasyfikować architektura. To systematyczne burzenie układów przestrzennych wsi z bezpowrotnym zatracaniem walorów kulturowych i przyrodniczych. W konsekwencji człowiek, który nie wiedząc skąd przybywa, ma ogromne trudności z określeniem dokąd chce zmierzać.
Te kilkadziesiąt już zabezpieczonych eksponatów, które z dużym trudem udało mi się pozyskać, to niemi świadkowie tego miejsca. Jest dla mnie ważnym wszystko co było gospodarczo użytecznym przedmiotem, czy też było na wyposażeniu tutejszych domostw. Pozostałe kilkadziesiąt przedmiotów wymaga natychmiastowej pracy konserwatorskiej, co przy pracy zawodowej i działalności gospodarczej jest dla mnie wielkim wyzwaniem. W skromnej, małej pracowni konserwatorskiej oddaję się tej szczególnej misji, która obok rodziny, pracy ze studentami i pracy na rzecz naszej małej wspólnoty, jest moją wielką radością i źródłem satysfakcji.
R. M. - Jak funkcjonuje to szczególne przedsięwzięcie?
J. G. - Pozyskiwanie i eksponowanie, zarówno narzędzi jak i przedmiotów użytkowych po pokoleniach żyjących w naszej ziemi, to wypadkowa naszej wiedzy, doświadczenia a czasem po prostu odrobiny szczęścia. Wiedza z funkcjonalności danego przedmiotu czy narzędzia, to studiowanie literatury a także ciąg rozmów ze starszą generacją naszych mieszkańców, którzy czasem w młodości mieli okazję być ich użytkownikami. Kilkadziesiąt pozycji literaturowych, zarówno z dziejów tej ziemi jak i ogólnie Pomorza, to integralna część izby tradycji.
Bardzo pomocnym jest dobry wywiad środowiskowy czy dyskretna, bez naruszania prywatności, obserwacja wiejskich obejść. Jednakże najważniejsza jest ludzka życzliwość i zrozumienie, z którymi wielokrotnie się zetknąłem i które same w sobie są wielką wartością budującą wieloletnie przyjaźnie.
Ekspozycja jest w chwili obecnej prezentowana w różnych częściach mojego domu. W najbliższych latach, zgodnie z pierwotnym założeniem całość ekspozycji będzie prezentowana w odrębnej, dużej sali wystawowej adaptowanej w budynku gospodarczym. Oczywiście w marzeniach ekspozycja najlepiej wyglądała by w odtworzonych wiernie obiektach mieszkalno-gospodarczych, z wartości i piękności których słynęła wieś Dąbki. Słynęła tak dalece, że w zupełnie nieodległym czasie obiekty zostały rozebrane z myślą o skansenie, na powstanie którego nie starczyło woli ówczesnych władz. Większość uległa bezpowrotnemu zniszczeniu. Praktycznie ostało się tylko jedno gospodarstwo, które w formie mini skansenu jest dumą koszalińskiego muzeum.
R. M. - Czy takie marzenie jest realne i jak na dzień dzisiejszy działa izba tradycji?
J. G. - Podobno wszystkie marzenia są realne, jeżeli jest wystarczająca motywacja do działania. Nie jest problemem zdobyć jeszcze istniejącą dokumentację. Niewątpliwie nie było by problemu z dobrym klimatem dla sprawy ze strony samorządu. Kluczowym problemem są znaczne środki finansowe na realizację tak ambitnego planu.
Na dzień dzisiejszy, mój dom dość dobrze spełnia rolę sali wystawowej. Praktycznie każdy odwiedzający moje gniazdo, staje się odbiorcą pewnego przekazu. Sąsiedzi reagują różnie. Jedni są zafascynowani a inni z politowaniem patrzą na moje, czasem wielotygodniowe próby przywracania do życia przedmiotu użytkowego czy narzędzia. Dla każdego mam wiele cierpliwości. Fascynatom udzielam wyczerpujących informacji, zarówno o przedmiocie jak i pracy nad jego konserwacją. Sceptykom zostawiam uśmiech i dobre słowo. Sobie zostawiam wiarę, że każdy z nich dostrzeże jakiś sens w mojej pracy.
Niezmiernie cieszy mnie zainteresowanie zbiorami części młodzieży akademickiej, szkół średnich, gimnazjalnych, odwiedzających mnie czy członków mojej rodziny. Wyjątkowym akcentem jest zorganizowanie w murach mojego domu przez Panią Annę Pogorzelską, nauczycielkę Szkoły Podstawowej w Dąbkach, mini konferencji dla najmłodszego pokolenia mieszkańców naszej gminy. Wywołało to, przy umiejętnym prowadzeniu przez organizatorkę, wprost entuzjastyczne zainteresowanie dzieci tą problematyką.
Dom w sezonie letnim staje się też domem otwartym dla wszystkich, którzy przybywają nad nasze wybrzeże. Goście z kraju w większości mają nikłą wiedzę o dziejach tej ziemi. Często jest to stereotypowe myślenie, wynikające z kilkudziesięcioletniej indoktrynacji. Powoli staram się to zmieniać. Ludzie zachęceni otoczeniem czasem dziwnie wyglądających przedmiotów, sami podejmują dyskusję o przeszłości, na co zawsze mam odrobinę czasu przy wieczornych, kominkowych spotkaniach.
Szczególnie emocjonalnie podchodzą do tych skromnych zbiorów, rzadko odwiedzający mnie nasi zachodni sąsiedzi. Mimo, że w większości są ludźmi w średnim wieku, których przodkowie nie pochodzili z tych stron, to magia Pomorza wzmocniona niemymi świadkami przeszłości robi swoje. Nigdy nie spotkałem się z ich strony z jakimikolwiek przejawami rewizjonizmu. Był czysty sentymentalizm. I tu refleksja. Jeżeli my chcemy z nostalgią odwiedzać i wspominać nasze utracone, wschodnie rubieże, nie brońmy zachodnim sąsiadom sentymentu do ich ziem utraconych. Proces ustanowienia powojennych granic europejskich jest nieodwracalny. Chcąc tworzyć Europę naszych marzeń, nie twórzmy jej na jakichkolwiek lękach a szczególnie ksenofobicznych uprzedzeniach. To droga do nikąd.
R. M. - Dziękuję za rozmowę

Porady prawne

dla mieszkańców Gminy Darłowo

udzielane są

w każdy czwartek

w godz. od 11.00 do 13.00


Darłowska Lokalna Grupa Rybacka

Wszelkie prawa zastrzeżone Gmina Darłowo (C) Copyright 2009
Projekt i wykonanie 2009 Maxus Net Communications