Tekst:  a a a

Ulubione  

Turystyka i Promocja>Szlak Cystersów>

Legenda: Miłość zawsze jest dobra

LEGENDY SZLAKU CYSTERKIEGO
Miłość zawsze jest dobra
WSTĘP

Autorska wersja ludowego podania z okolic Jeziora Bukowo, znanego mieszkańcom wsi Ziemi Darłowskiej, których okrutny wiatr historii po ostatniej Wielkiej Wojnie wywiał w zupełnie inne miejsca na Ziemi. W grupie tych ludzi byli też krewni bohaterów poniższego podania. Część z nich przed opuszczeniem tej ziemi, z różnych przyczyn przez jakiś czas żyła razem z nowymi, przywianymi przez ten sam wiatr, gospodarzami. Tak podanie przetrwało.
Po raz pierwszy zetknąłem się z nim pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku w towarzyskiej rozmowie z pierwszymi powojennymi osadnikami. Rwane i niespójne informacje dotarły do mnie z dwóch niezależnych źródeł. Pierwsze źródło to gospodyni z Dąbek, w młodości żyjąca w przyjaźni z przedwojenną mieszkanką Dąbkowic. Drugie źródło to starszy pracownik gospodarstwa rybnego w Bukowie, który usłyszał to podanie - z drugiej ręki, od gospodarza, który z kolei zetkną się z pracującymi jakiś czas po wojnie w gospodarstwie rybnym przedwojennymi pracownikami.
Jako autor tej wersji podania chcę podkreślić, że kultura materialna może przetrwać - jeśli nie zostanie fizycznie zniszczona - całe stulecia, nawet gdy całkowicie z danego terenu zniknie ludność. Trudniej z kulturą duchową, której nośnikiem jest żywy człowiek. A jednak mimo, że zniknęło bezpowrotnie z tej ziemi ostatnie pokolenie wielowiekowych jej gospodarzy i wejściu na ten teren nowej, silnie indoktrynowanej po wojnie kulturowej mieszanki czyli nas, coś z tej pamięci wieków pozostało.
Nie oceniam ludzi przez przynależność narodową czy polityczne sympatie. Ludzie nie dzielą się na Niemców, Polaków, Żydów czy Ukraińców - komunistów, faszystów, socjalistów czy liberałów - ładnych, brzydkich, majętnych czy biednych. Dzielą się jedynie na dobrych i złych. Dobrym można być zawsze.

Jan Górski
Regionalna Izba Tradycji
„Pamięć Pokoleń”
Dąbki


Miłość zawsze jest dobra *

Wyjątkowo gorące tego roku wrześniowe słońce, rozpoczęło gasić swój żar w zielono-szarych wodach Bałtyku, gdy grząską, piaszczystą a w niektórych miejscach bagnistą drogą, na mierzei pomiędzy morzem a jeziorem, wesoły i głośny orszak zmierzał do domu weselnego.
Od niepamiętnych czasów miejscowi rybacy Bałtyk zwali Morzem Wielkim a jezioro Morzem Bukowskim, od nazwy wsi nad jego najwyższym brzegiem, na którym pracowici, szarzy mnisi przed wiekami wznieśli mały kościółek będący przystanią duchową dla okolicznych mieszkańców.
Radosny orszak rozpoczynał, zaprzężony w parę dorodnych koni i przystrojony, duży chłopski wóz z rozśpiewaną młodzieżą. Po nim skromny wóz z rodziną panny młodej a za nim okazały wóz z rodziną pana młodego. Na końcu wyjątkowo pięknie przybrany wóz z młodą parą, drużbami i wtórującą tym na przedzie kapelą.
Goście weselni z radością myśleli o czekającej ich zabawie. O uczcie weselnej, którą tutaj rozpoczynano podaniem grubej kaszy gotowanej na mleku z dodatkiem masła, cynamonu i cukru, popijanej dobrym darłowskim piwem. O stołach zastawionych jadłem, na którym prym wiodły gotowane w piwie i podawane na zimno z odrobiną chrzanu węgorze i szczupaki. O tańcach młodzi, a o grze w karty i dobrym piwie w miłym sąsiedzkim gronie starsi.
Zaś na twarzach młodej pary raz radość, raz troska i zadumanie. Jak spojrzą na siebie, to z miłości odpływa cały świat. Nie ma trosk i zmartwień, jest radość i słyszany jakby z oddali weselny gwar i muzyka. Jak widzą na wozach swoich rodzicieli to troski i smutek gaszą ich radość.
Maria była jedyną córką ubogiego rybaka z Dąbkowic, zagubionej na pasku lądu pomiędzy morzem a jeziorem wioski. Joachim to pierworodny syn bogatego gospodarza ze starej części Gleźnowa. Poznali się, gdy Maria, wiosną tego roku, oporządzała swoje dwie krowy na łące po przeciwnej stronie jeziora. Krowy, jak co roku, na wypas przepłynęły tratwą na drugą stronę, gdzie przebywały aż do jesieni, na pasku łąki, który w posagu do rodziny wniosła jej matka. Maria dwa razy dziennie przepływała do nich łodzią na udój. W niedalekiej odległości Joachim wraz z parobkami obrabiał, dorodnymi końmi swoje rozległe zagony. Był zauroczony piękną i pracowitą dziewczyną. Przyglądał się, z jakim uporem w maleńkiej łódeczce, dwukrotnie na dzień pokonuje to przecież niemałe jezioro. Zawsze radosna i uśmiechnięta, jakby trudy ciężkiego życia były gdzieś obok niej. A przecież, jako córka rybaka, nie tylko zajmowała się bydłem ale jednocześnie, wraz z matką, wszystkimi lądowymi pracami, jakie były związane z połowem i obróbką ryb. Pewnego dnia podszedł do niej i tak się poznali. Początkowo nic nie wskazywało, że są sobie pisani. Rozmawiali i przekomarzali się. Maria miała świadomość swojej pozycji. Była uboga, nie mogła wnieść w posagu ziemi, a jej skromna wyprawa ślubna, którą mogła wynieść z domu to pościel i bielizna wraz z ubraniem w skrzyni, szafa, krosno, kołyska, trochę kuchennego sprzętu i jedna krowa. Joachim, jako pierworodny syn gospodarski to spadkobierca dużego majątku z nowymi murowanymi budynkami z trzema parami koni, stadem bydła, świń i owiec. Z największym obszarem gruntu we wsi.
Jednak los chciał inaczej. Z rozmów i niewinnego flirtowania zrodziła się głęboka i bezkompromisowa miłość. Powiadomili rodziców o decyzji wspólnego życia. Jednakże, zarówno rodzice Joachima jak i Marii byli stanowczo temu przeciwni. Ostro reagowali na te ich umiłowane spotkania. Jego rodzice, chciwi na majątek, nie chcieli panny bez posagu a jej rodzice, dumni w swej biedzie nie widzieli córki, jako osoby z której się drwi i wypomina jej biedę w domu pana młodego.
Joachima, ojciec pozostawiał do obrządku bydła w oborach i stajniach a Marię zastąpiła w pracy przy krowach matka. Mimo to, niezależnie od pogody, młodzi nocą przeprawiali się przez jezioro i miłość kwitła jak piękny kwiat. A jak z kwiatu rodzi się owoc, tak i tutaj owocem wielkiej miłości była ciąża Marii. Powiadomieni o tym fakcie rodzice byli oburzeni i oskarżali siebie nawzajem o złe wychowanie swoich dzieci. Odgrażali się, powołując duchy przodków na świadków, że prędzej ich zabiją, niż miałyby żyć w takiej hańbie. Młodzi czynią podobnie zapewniając się nawzajem, iż pierwej odbiorą sobie życie, niźli mieliby żyć bez siebie.
Jednakże pod wpływem pastora z kościoła w Bukowie młodzi i rodzice ochłonęli i zdawało się, że ojce akceptują związek. Ciąża Marii nie była widoczna, a że nikt o tym we wsi nie wiedział, to i jej ojciec przełknął tę, według niego hańbę. Ojca Joachima wizja skromnego posagu panny młodej doprowadzała do wściekłości, gdyż już z bogatym sąsiadem planowali małżeństwo Joachima z jego córką Emmą. Widząc jednak determinację młodych, z zaciętą twarzą wyraził zgodę na małżeństwo.
Rozpoczęto przygotowania do uroczystości weselnych, które planowano w ostatnią sobotę września. Drużba w tradycyjnym stroju ruszył prosić gości na ślub w kościele bukowskim i wesele, które miało się odbyć w domu panny młodej w Dąbkowicach. Ojciec Marii, choć biedny lecz uniesiony w honorze, stanął na wysokości zadania i zrobił wszystko, by wesele jego córki nie było gorsze od tych w najbogatszych domach. Dom odnowiono i przystrojono. W izbach zbito wygodne stoły i ławy. Piwo w beczkach przywieziono z darłowskiego browaru. Sprowadzone gospodynie prześcigały się w smakowitych potrawach i wypiekach, a muzykantów ściągnięto aż z sąsiedniej dobiesławskiej parafii.
A jednak, w dzień wesela w południe, jedni i drudzy rodzice w swojej zapiekłości udzielili nieszczerego błogosławieństwa młodej parze, choć młodzi w swoim szczęściu niczego szczególnego nie zauważyli.
Umówionego z pastorem i organistą sobotniego popołudnia młodzi, drużbowie, rodzice, rodzina i zaproszeni sąsiedzi zjawili się w bukowskim kościele, gdzie w bogatej oprawie przebiegała uroczystość zaślubin. Jak zawsze na mszę, z uwagi na gwar we wsi, wałęsające się psy i bezpośrednią bliskość drogi, zamknięto drzwi.
Pastor wygłaszał właśnie przepiękne kazanie o miłości, gdy niespodziewanie, przy czystym niebie, zerwał się wicher i drzwi z łoskotem rozwarły się na oścież, a wnętrze kościoła ogarną tak duży chłód, iż część gości wyraźnie zaczęła drżeć z zimna. Szybko dokończono uroczystość, a wyjście z kościoła goście przyjęli z wyraźną ulgą. Mimo radosnej chwili, pod kościołem czuć było duży niepokój i napięcie. Zaproszona młodzież, jak nigdy nie przekrzykiwała się w docinkach, konie niespokojnie przebierały nogami i parskały, a czasem miało się wrażenie jakby chciały coś z siebie zrzucić.
Po chłodnych życzeniach od najbliższych, całość weselników załadowawszy się wraz z muzykantami na wozy, ruszyła piaszczystą drogą w kierunku Dąbek, skręcając w nich na jeszcze bardziej trudną piaszczysto-bagienną drogę do Dąbkowic.
W trakcie podróży do domu weselnego, powoli zapominano o tym przykrym incydencie w kościele i dziwnym niepokoju przed świątynią. Ludziom coraz bardziej jaśniały tworze na myśl o dobrym jedzeniu, dobrym piwie, tańcach i miłym spędzeniu czasu w sąsiedzkim gronie, gdyż na co dzień, trudy życia i związana z tym ciągła praca to uniemożliwiały.
Już niedaleko było do wyjątkowo w tym roku zamulonego kanału łączącego jezioro z morzem. Woźnice zacięli batem konie, by ten trudny odcinek pomyślnie pokonać i nie ugrząźć w piachu. I nagle … znów jak w kościele, zimny lodowaty chłód od jeziora. Doświadczeni parobcy, którzy od lat zajmowali się końmi, stracili całkowicie nad nimi kontrolę. Oszalałe, jakby silnie przestraszone zwierzęta, z zawrotną szybkością ciągnęły trzaskające z naprężeń wozy pełne przerażonych ludzi.
Trzy pierwsze wozy przemknęły i ani się nie obejrzano a okryte pianą zwierzęta same zatrzymały się na podwórzu domu weselnego.
Trwoga, którą doświadczono w kościele, znów wlała się w serca ludzi. Gdzie wóz młodej pary? Przecież to tylko jedyna droga na wąskim pasku lądu pomiędzy jeziorem i morzem. Może spłoszone konie same zawróciły do stajni? Bojąc się wsiadać na wozy, ludzie najpierw wolno a potem coraz szybciej zaczęli iść do miejsca, gdzie ostatni raz widziano wóz z młodą parą, drużbami i muzykantami. Bez większych kłopotów można było śledzić trasę wozów po wyraźnych świeżych koleinach, a gospodarze i parobcy dziwowali się, gdyż tak wielka długość jednego kroku konia w tym szalonym powożeniu, nigdy nie była przez nich widziana.
Do miejsca dotarli już po zachodzie słońca. Znów było normalnie. Zwykły, prawie letni wieczór.
Stójcie!!!
Głos przerażonego parobka sparaliżował grupę i tak już przestraszonych ludzi. W tej samej chwili, z odległości kilkudziesięciu kroków, każdy spojrzał w to miejsce, gdzie od pokrywających się śladów wozów, na zakręcie, wyraźnie na wprost kierowały się koleiny po wozie młodej pary. Jeszcze nie wiedziano, co się stało. Może konie wyrwały przez wydmę na plażę? Może gdzieś wóz tkwi w otaczających krzewach i zaroślach?
Jednak cisza była złowróżbna. Konie nie rżały. Nikt nie wołał pomocy. Podeszli całą gromadą bliżej… Fala gorąca zalała serca bliskich i sąsiadów. Ślady po kołach wozu młodej pary kończyły się tam …, gdzie brzeg małego, bagiennego oczka wodnego. Pomimo natychmiastowych poszukiwań, po koniach, wozie młodej pary drużbach i muzykantach nie został najmniejszy ślad. Wezwany żandarm ściągnął nawet z rejencji komisję wraz z grupą ludzi przyuczonych do czynności poszukiwawczych. W jeziorku nic nie ma – napisano w protokole końcowym komisji.
Teraz wszystko stało się jasne. I to zdarzenie w kościele i przed kościołem i w drodze. To o tym jeziorku starzy rybacy mówili, że są to drzwi do świata po drugiej stronie. To w nim nigdy nie powinne przeglądać się młode panny i nie powinno się poić bydła Tymi właśnie drzwiami, przybyli nieopatrznie wezwani przez rodziny duchy przodków. Widząc nieszczerość w błogosławieństwie młodym przez rodziców i widząc ich przyszłość w niekończących się waśniach rodzinnych i upokorzeniach, przybyli na ślub. W dniu, w którym młodzi byli najbardziej szczęśliwi, duchy przodków przenieśli ich do lepszego świata, by tak piękna miłość mogła trwać wiecznie.
I dzisiaj, gdy zajdzie słońce, a mrok wlewa się w sadzony wiele lat później las na mierzei, zbliżając się do tego miejsca, słyszymy wyraźnie tony weselnej muzyki, rżenie koni i szepty zakochanej pary tylko w pozornie niezrozumiałym języku.

Koniec

*Publikacja jest objęta prawem autorskim

Porady prawne

dla mieszkańców Gminy Darłowo

udzielane są

w każdy czwartek

w godz. od 11.00 do 13.00


Darłowska Lokalna Grupa Rybacka

Wszelkie prawa zastrzeżone Gmina Darłowo (C) Copyright 2009
Projekt i wykonanie 2009 Maxus Net Communications